Prosto w twarz

Habila nie miał prawa przeżyć. Strzelono do niego z kałasznikowa AK-47. W czasie jednego ze spotkań, które odbywały się w Polsce na przełomie kwietnia i maja, podszedł do niego żołnierz. – Muszę ci o czymś powiedzieć – zwrócił się do Nigeryjczyka. – Ja wiem, jak działa ten pocisk. On wbija się, a potem kręcąc wokół własnej osi prze dalej. Nie ma możliwości, żeby ktoś, kto został nim trafiony, przeżył. W momencie gdy on wbijał się w twoją głowę, ktoś musiał czuwać na tobą.

Czy jesteś gotowy?

Habila jest biznesmenem, a do tego chrześcijaninem z kościoła ewangelikalnego. O tym, co wydarzyło się w 2012 r. w jego wiosce na północy Nigerii, opowiadał m.in. w gmachu Parlamentu Europejskiego i w Kongresie Stanów Zjednoczonych. Mówi do studentów i ludzi w różnych kościołach, zarówno katolickich, jak i protestanckich. Do Polski został zaproszony przez Stowarzyszenie Głos Prześladowanych Chrześcijan. Z niezwykłą łagodnością w oczach mówi o sile Bożej miłości i potrzebie przebaczania wrogom. Często śpiewa.

– Śpiewam, bo… tysiące chrześcijan w moim kraju zostało zamordowanych, a ja żyję. Żadne słowa nie są w stanie wyrazić mojej wdzięczności.

Gdyby nie Chrystus, od ponad roku byłbym martwy.

Gdy 28 listopada 2012 r. Habila usłyszał o 11 w nocy głośne stukanie do drzwi, był przekonany, że to patrol armii nigeryjskiej. Otworzył i zastygł w bezruchu. Mężczyźni w długich szatach. Zakryte twarze napawały strachem. Od razu rozpoznał znanych z brutalności Boko Haram. Ludzi, którzy napadają na chrześcijańskie kościoły, palą rodziców na oczach dzieci, podcinają gardła. Lider grupy kazał wyjść rodzinie Habili na zewnątrz. Powiedział, że przyszli, aby dokonać dzieła Allaha. Żona Habili błagała, aby zostawili ich przy życiu.

– Pomyślałem, że niedługo spotkam się z Bogiem twarzą w twarz i zacząłem się modlić. Panie, jestem słaby i grzeszny. Sam siebie nie ocalę. Wybacz mi moje grzechy. Przyjmij moją duszę – wspomina Habila. – Moja żona podbiegła do mnie zapłakana. Spojrzałem na nią i powiedziałem, żeby nie bała się, że spotkamy się kiedyś w niebie. Odwróciłem się, żeby spojrzeć po raz ostatni na moją rodzinę. Łzy płynęły mi z oczu. Do Habili podeszło kilku mężczyzn. Każdy trzymał kałasznikowa w dłoni. Padło kluczowe pytanie: jesteś chrześcijaninem czy muzułmaninem?

– Odpowiedziałem, że jestem chrześcijaninem. Nie mogłem wyprzeć się Jezusa – opowiada Habila. – Wtedy zapytał mnie, dlaczego nie chcę przyjąć islamu jako swojej religii. Postanowiłem wykorzystać tę okazję, żeby zasiać ziarno. Powiedziałem, że my także głosimy Dobrą Nowinę muzułmanom i wszystkim, którzy nie znają Chrystusa. Spojrzał na mnie zdziwiony: mówisz, że wy, chrześcijanie, znacie Boga? – Tak, głosimy prawdziwego Boga. Habila usłyszał, że może żyć spokojnie, jeśli tylko będzie współpracował i zostanie muzułmaninem. Odpowiedział krótko: – Jestem chrześcijaninem. Wtedy mężczyzna zawołał żonę Habili. – Chcę, żebyś widziała, co stanie się z twoim mężem, jeśli nadal będzie taki uparty. Błagaj go, żeby zmienił zdanie, żebyście mogli prowadzić spokojne życie. Napiętą jak struna ciszę przerwał głos Habili: – Nic nie odłączy mnie od miłości Chrystusa. Lider bojówkarzy zaczął się denerwować. – Habila, pytam cię po raz ostatni. Czy jesteś gotowy umrzeć jako chrześcijanin? – Tak, jestem gotowy umrzeć jako chrześcijanin.

W kałuży krwi

– Zanim zdążyłem zamknąć usta, przyłożył mi lufę do twarzy i wystrzelił. Kula przeszła przez mój nos. Gdy upadłem na ziemię, on podszedł i stanął na mnie, żeby sprawdzić, czy żyję. Uznał, że jestem martwy i zawołał: – Allah jest wielki! O czym myślał Habila, gdy leżał na ziemi w kałuży krwi? Mówi, że wybaczał mężczyźnie, który strzelił do niego. A potem zaczął nucić piosenkę. Leżąc z dziurą w głowie, śpiewał:

„Należę do armii Pana, będę mówił o Dobrej Nowinie, nikt mnie nie powstrzyma”.

Pogodzony czekał na spotkanie z Bogiem. Zamiast łagodnego głosu anioła, który złapałby go za rękę, usłyszał jednak płacz swojej żony. Przez myśl przebiegło nawet: „Panie, nie powinienem tu już być, miałem być przy Tobie”. Słyszał, jak żona wykrzykuje swój żal do Boga. Była wtedy w 4. miesiącu ciąży. Gdy Habila otworzył oczy i powiedział, że żyje, była przerażona. Miał otwartą ranę głowy i dziurę w policzku.

– Wiem, że nie przeżyję, ale pamiętaj, że śmierć to tak naprawdę zysk. Bądź blisko Chrystusa – powiedział ostatkiem sił. Po chwili poczuł straszny ból. Krew płynęła z jego ust, oczu i uszu. Ból w każdej części ciała. Poprosił o wodę. – Gdy próbowałem się napić, zorientowałem się, że kula roztrzaskała mi kości, a w mojej czaszce była sporej wielkości dziura. Poprosiłem żonę, żeby sprowadziła pomoc. Gdy wyszła, zorientowała się, że zabito wszystkich mężczyzn chrześcijan, którzy mieszkali w naszej wiosce. Poszła więc do sąsiadów muzułmanów, aby nam pomogli. Zaproponowali jej, aby została u nich na noc. Ona jednak nalegała, że chce być przy mężu, gdy on umiera. Przyszli do naszego domu, aby nie była sama. Gdy tylko weszli, nasz starszy syn zawołał: „Mój tata wciąż żyje!”. Powtarzał to co chwila, jak katarynka – wspomina Habila. Dopiero o 7 rano zawieziono go do szpitala. Gdy lekarz zobaczył pacjenta, powiedział, że przecież nie może pomóc martwemu człowiekowi. Habila ruszał jednak wargami, próbował coś przekazać. Lekarz zawołał żonę pacjenta.

Powiedziałem jej, że skoro Pan zachował mnie aż do teraz, to zachowa mnie na zawsze.

W języku tkwi moc. Gdy lekarz usłyszał to, wybuchnął śmiechem i powiedział, że nie mam żadnych szans na przeżycie.

Marzyłem o śmierci

Habila nie wiedział wtedy nic o organizacji The Voice of the Christian Martyrs, która jest misją partnerską Głosu Prześladowanych Chrześcijan. Oni wiedzieli jednak o Habili. Słyszeli o ataku na wioskę i o jedynym mężczyźnie, który przeżył. Zadzwonili do jego żony i zasugerowali, żeby jej męża przewieziono do szpitala w Jos. Miała wątpliwości. Bała się, że nie przeżyje podróży. Ostatecznie podjęto decyzję o przewiezieniu pacjenta.

– W czasie 4-godzinnej podróży czułem tak mocny ból, że marzyłem, żeby Bóg już zabrał mnie do siebie. Prosiłem Go o śmierć. Kierowca co 50 km odwracał się i pytał moją żonę, czy jeszcze oddycham.

Gdy dojechaliśmy, stało się coś niezwykłego. Nagle poczułem w sobie siłę.

Czułem, że mógłbym znowu chodzić. Chciałem nawet wstać, ale żona nie pozwoliła mi. W szpitalu lekarze zrobili mi podstawowe badania. Ciśnienie krwi, morfologia. I szok. Miałem wyniki w normie. Nie mogli tego zrozumieć. Czy to nie ten człowiek, który krwawi od wczoraj? Po 2 tygodniach podjęto decyzję o operacji. Miała zostać przeprowadzona w piątek. Lekarze chcieli pobrać skórę i tkankę z uda, aby wypełnić dziurę, którą zostawiła w twarzy kula.

W piątek przywieziono jednak rannego muzułmanina i lekarze postanowili operować jego, a nie Habilę. Operację przełożono na środę. Wtedy sytuacja powtórzyła się. Lekarze stwierdzili, że mają nagły przypadek. – Powiedziałem im, że każde rozczarowanie jest błogosławieństwem i czekałem dalej.

Ani ja, ani lekarze nie wiedzieli wtedy, że Bóg działał.

Chciał pokazać światu, że to On zachowa mnie przy życiu. W kolejną środę lekarz zdjął opatrunek i spojrzał na ranę. Krzyknął: Jezu! Przestraszył się infekcji? Nie. Zobaczył, że dziura w twarzy pacjenta została wypełniona tkanką. Zawołał żonę Habili, aby potwierdziła, że to jej mąż leży na sali. „To nie jest ta sama osoba, która leżała w kałuży krwi w waszym domu” – mówił z niedowierzaniem, patrząc na Habilę. – „Ktoś… ktoś żyje w jego ciele…”. Gdy Habila usłyszał te słowa, ożywił się i zawołał:

„Tak, to Jezus żyje we mnie!”.

Lekarz rozciął skórę na policzku, żeby zobaczyć, jak duży fragment kości należy pobrać z uda. Nie mógł uwierzyć, gdy zobaczył, że żadna operacja nie jest konieczna. Brakujący fragment kości już tam był. Gdy zszył ranę, wybiegł do rodziny Habili i zawołał: „Weźcie te pieniądze, nie wezmę nic za tę operację, bo Bóg już sam wszystko naprawił!”. Po kilku dniach Habila opuścił szpital. Lekarz uprzedzał go, że kula uszkodziła trwale jego ucho i nigdy nie będzie słyszeć. – Po kilku miesiącach zacząłem nagle słyszeć na to ucho. Nikt mi nie wierzył, dopóki nie zadzwoniłem do lekarza. Trzymając telefon przy tym uchu, poinformowałem go, że słyszę każde jego słowo. „Habilo, nie kłam” – usłyszałem wyraźnie. Po kilku dniach przyleciał samolotem i potwierdził, że jest zupełnie zdrowe. Poprosił wtedy, żebym zamknął oczy. Zamknąłem je i bez problemu otworzyłem. Nie potrzebował już żadnych dowodów.

Świadectwo Habili jest proste i czytelne.

– Jezus pokazał mi, że jeśli On strzeże mojego życia, to nikt nie może mnie tknąć.

Autor: Weronika Pomierna

Artykuł ukazał się w Gościu Niedzielnym nr 20/2014. Źródło: http://gosc.pl/