Święty z Auschwitz-Birkenau

28 maja 1941 do obozu Auschwitz-Birkenau został przywieziony Maksymilian Maria Kolbe. Zmarł niecałe 1,5 miesiąca później, oddając swoje życie za innego więźnia. Chcę dodać innym odwagi do życia – powiedział zaskoczonemu hitlerowcowi w obozie zagłady Auschwitz-Birkenau. Zakonnik pokazał wielkość człowieka tym, którzy zatracili poczucie człowieczeństwa. Dobrowolnie oddał swoje życie, aby uratować inne.

Chcę innym dodać odwagi do życia
Franciszek Gajowniczek  jako zawodowy żołnierz we wrześniu 1939 roku po kapitulacji twierdzy Modlin dostał się do niewoli niemieckiej. Przy  próbie ucieczki został aresztowany przez Gestapo. Podczas śledztwa znęcano się nad nim przez 7 miesięcy. Od 8 października 1940 roku był więźniem niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau.

Kiedy 2 sierpnia 1941 roku zbiegł jeden z więźniów z bloku 14A, na którym przebywał Franciszek Gajowniczek, komendant obozu – lagerführer Karl Fritsch skazał dziesięć osób na śmierć głodową.
Taka była procedura w obozie, że za jednego, który ucieknie, dziesięciu idzie na śmierć. W czasie tej wybiórki ja stałem gdzieś w środku. Nagle podszedł lagerführer i wskazał na mnie, że mnie też trzeba wyprowadzić do tych skazańców – wspominał Franciszek Gajowniczek.

Przerażony więzień zdążył tylko powiedzieć, że żal mu jest dzieci i żony. Wypowiedział to na tyle głośno, że ojciec Maksymilian Kolbe, który stał niedaleko usłyszał te słowa.
Już byliśmy wybrani, wszyscy dziesięciu, i miano nas odprowadzić na blok 11 do bunkra na śmierć głodową – wspominał Gajowniczek. – Wtem o. Kolbe wystąpił z szeregu, skierował się przed lagerführera i powiedział, że on chce pójść za jednego z wybranych.

Ja nie mogłem nic powiedzieć ani podziękować, tylko się obydwaj patrzyliśmy na siebie i tak on odszedł. Został odprowadzony, a ja wróciłem na blok. Potem przez długi czas nie mogłem sobie tego uzmysłowić, co się naprawdę wydarzyło – wspominał Franciszek Gajowniczek.

Ojca Maksymiliana znałem z bloku, na którym byliśmy razem, więc on nie ukrywał tego, że jest księdzem katolickim, pocieszał więźniów, podtrzymywał na duchu. Odmawiał z więźniami wspólne modlitwy, za co był nieraz bity przez kapo i przez SS-manów – wspominał po latach Franciszek Gajowniczek.
Swoją decyzję zakonnik uzasadniał:

mam już blisko pięćdziesiąt lat, życie moje przeżyłem, a Ten ma życie przed sobą. Ma żonę i dzieci, on jest im potrzebny. Niech on przeżyje, ja chcę pójść za niego”. Zaskoczonemu hitlerowcowi, który pytał dlaczego chce pójść na śmierć za obcego człowieka, odpowiedział jeszcze: „chcę innym dodać odwagi do życia”.

Odprowadzono ich na blok nr 11, rozebrano do naga i wrzucono do celi. I tam wszyscy musieli umierać z głodu i zimna. Ojciec Maksymilian żył najdłużej, bo 14 sierpnia przyszedł SS-man, zobaczył, że on żyje i dobił go – tak Franciszek Gajowniczek wspominał ostatnie chwile życia o. Maksymiliana Kolbego.

Światło to zalało Oświęcim i nieprędko przygasło…
Inżynier Jerzy Bielecki, więzień KL Auschwitz trafił tam wraz z pierwszym transportem 728 Polaków w czerwcu 1940 r. Miał numer 243. Jest on bohaterem jednej z najbardziej spektakularnych i zuchwałych ucieczek z tego piekła na ziemi. Jesienią 1943 r. poznał Cecylię (Cylę) Cybulską z Łomży, która cerowała worki w obozowym młynie, gdzie w tym czasie również pracował. Jej rodzina zginęła w obozie. Młodzi ludzie zakochali się w sobie. Pan Jerzy obiecał ukochanej, że wyprowadzi ją z obozu. Z pomocą współwięźniów zdobył mundur SS-mana, druk przepustki, żywność oraz buty dla Cyli. Dnia 21 lipca 1944 r. udało się im przechytrzyć Niemców, wyjść na wolność i uciec. Cyla ukrywała się u polskiej rodziny Czerników w Gruszowie koło Racławic, on zaś wrócił w rodzinne strony pod Krakowem i wstąpił do oddziału AK.

Po wojnie los na wiele lat ich rozdzielił. Jerzy Bielecki ukończył Politechnikę Krakowską. Pracował w nowotarskim PKS, a następnie przez wiele lat jako nauczyciel i dyrektor Zespołu Szkół Mechanicznych. Jest autorem wspomnień obozowych pt. „Kto ratuje jedno życie…” oraz honorowym przewodniczącym Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Rodzin Oświęcimskich. W 1983 r. Jerzy Bielecki i Cyla Cybulska, która przez Szwecję trafiła do USA, odnaleźli się po latach. W 1985 r. odznaczony został medalem „Sprawiedliwego wśród Narodów Świata” oraz otrzymał tytuł Honorowego Obywatela Państwa Izrael.

W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku we wspomnieniu przechowywanym w archiwum w Niepokalanowie, zatytułowanym „Ojciec Maksymilian jakim go znałem” Jerzy Bielecki napisał:

Dziś, po tylu latach dokładnie widzę ciągle mi towarzyszącą w pamięci sylwetkę Ojca Maksymiliana i odczuwam obok siebie jego wielką osobowość. Wielkość tę dojrzałem po kilku pierwszych kontaktach z nim, a im więcej ich było, tym bardziej ona w moich oczach rosła, stawała się jakaś przemożna i sugestywna. Zresztą ilekroć stykam się z oświęcimskimi kolegami, którzy z nim się zetknęli, okazuje się, że i oni nie inaczej go widzieli i nie inaczej go wspominają.

Pracując przy wydobywaniu żwiru z Soły, mogliśmy obserwować komando zapędzane do wycinania łoziny z brzegów rzeki. Brodząc w wodzie musieli tamci więźniowie szybko-bo w Oświęcimiu wszystko musiało dziać się schnell- ciąć łozę, wiązać ją w wielkie pęki i dźwigać na plecach. Komando to składało się z ludzi z bloku 14, z naszych sąsiadów i innych. Któregoś dnia zauważyłem w komandzie nowego więźnia. Może bym go nie dostrzegł, gdyby nie jego zachowanie się, odmienne od zachowania się innych i rzucająca się w oczy zaciekłość, z jaką go prześladował ich kapo Heinrich Krott. Nowy więzień nie uchylał się od pracy, nie starał się brać na plecy mniejszych wiązek, ale gdy widział, że towarzysz jego słaniał się pod ciężarem łozy, sam objuczony więcej niż pozostali, bo kapo o to najwyraźniej się starał, pomagał jak potrafił, tracącym siły w dźwiganiu ich ciężaru, a przychwycony na tym przez kapo, z dziwnym spokojem znosił jego szykany. (…) Zachowanie się „Hansa” (bo takiego imienia używał w obozie) w stosunku do nowego więźnia wskazywało, że jego protektorzy życzą sobie, by Krott nie oszczędzał cierpień nowej ofierze Oświęcimia.

Kilkakrotnie na obozowej ulicy otarłem się o tego nowego więźnia oznaczonego numerem 16670. Był szczupłej i wątłej budowy, charakteryzowało go lekkie przechylenie głowy w bok i ruch, wskazujące na niewielką sprawność fizyczną. Ale to nie wszystko. W tym człowieku czuło się prawdziwy spokój, który w sobie nosił i który z niego promieniował. Odnosiło się wrażenie, że to jakiś wewnętrzny olbrzym, mający w sobie bezmiar niepojętej mocy, pozwalającej mu bez załamań przebywać w obozowym piekle i innych uzbrajać w cudowną siłę odporności. Człowieka tego, chociażby dla jego pełnych łagodności oczu, życzliwości i owej niepojętej siły, nie sposób było minąć bez uświadomienia sobie jego nieprzeciętności. Kim był i jak się nazywał, nie wiedziałem. (…)

Ofiara ojca Maksymiliana wywarła na współwięźniach i Niemcach duże wrażenie. Jego bohaterska i święta śmierć rozniosła o nim sławę po całym obozie, w więźniów tchnęła nowe życie, a oprawcom zapowiadała rychły koniec. Nie zdołali zabić mocy duchowych człowieka.

Czynem Ojca Maksymiliana zostaliśmy oszołomieni. My więźniowie i nasi oprawcy. Inaczej widzieliśmy jego bohaterstwo, inaczej musieli je widzieć Niemcy. Oni widzieli je, ale wątpię, czy byli w stanie je pojąć, zrozumieć jego znaczenie. Czym było to bohaterstwo dla nas? Nie przesadzę jeżeli porównam je do potężnej eksplozji światła w ciężkiej, czarnej obozowej nocy. Światło to zalało Oświęcim i nieprędko przygasło…

W Oświęcimiu odczuwało się degradację człowieka, dziesiątki tysięcy ludzi przeżywały kryzys człowieczeństwa w sobie samych. Psychika ludzka była bezlitośnie pokaleczona, człowiek człowiekowi stawał się wilkiem i wydawało się, że jedynie najdrapieżniejsi mają szansę przetrwania z dnia na dzień, doczekania się – bliżej nie oznaczonego ani w czasie, ani w okolicznościach – wyzwolenia. Odnosiło się wrażenie, że świat cały tonie we wzajemnej nienawiści, a krematorium przestawało być straszne, gdy wszystko dookoła było straszniejsze od niego, zwłaszcza owa moralna katastrofa człowieka.

w_celi_smierci

I oto następuje wstrząs. Znajduje się wśród nas ktoś, kto w tę noc duchową wysoko wznosi sztandar miłości. Ktoś nieznany, tak samo jak każdy z nas, umęczony i odarty z nazwiska i społecznej pozycji, idący na okropną śmierć dla kogoś sobie obcego, Więc jednak to nieprawda, że człowieczeństwo zostało powalone i na zawsze wdeptane w błoto nad Sołą, że zwyciężyli nas nasi oprawcy, że pochłonęła nas beznadziejność…

Czyn Ojca Maksymiliana stał się dla tysięcy więźniów dokumentem, potwierdzającym, że prawdziwy świat istnieje jak istniał, że nasi oprawcy i mordercy nie potrafią go zniszczyć, że ten świat wcale nie zaczyna się za drutami naszego obozu, że jest i tutaj. Niejeden zaczął szukać w sobie samym tego prawdziwego świata, odnajdywał go i dzielił się nim z obozowym kolegą, by siebie i jego wzmocnić w szamotaniu się ze złem.
Był to wstrząs pełen optymizmu, regenerujący i dodający sił. Nowy wiatr powiał między blokami nędzarzy, rozwiewał pesymizm, znośniejszym czynił nędzne bytowanie, pomniejszył naszych katów, ukazał ich nam jako bezsilnych wobec wielkich i nieprzemijających praw moralnych. (…)

Mówienie o tym, że Ojciec Maksymilian umarł dla jednego z nas lub jego rodziny, jest co najmniej uproszczeniem sprawy. Ta śmierć była ratunkiem dla tysięcy ludzi i na tym polega wielkość tej śmierci. Tak ją odczuliśmy i jak długo żyć będziemy, będziemy przed nią pochylać głowy, my – oświęcimiacy. A wówczas chyliliśmy głowy przed bunkrem głodowej śmierci. (…) W sercach swoich składaliśmy hołd Człowiekowi, który niejednemu spośród nas przywrócił poczucie człowieczeństwa, dowiódł istnienia dobroci, braterstwa i wierności oraz przyjętym zasadom moralnym.

Te cierpienia nie są na próżno
Władysław Lewkowicz, rodowity Wielkopolanin, urodził się w 1921 r. w Kaliszu.Jako osiemnastolatek brał udział w obronie Warszawy. Walczył w okolicach Placu Unii Lubelskiej. Kopał rowy przeciwczołgowe i strzeleckie, stawiał barykady. Kolportował ulotki podsycające nadzieje na pomoc wojskową Francji. Widział tragedię umierających i rannych na ulicach stolicy. Pomagał chować zmarłych. W trakcie ewakuacji Warszawy wpadł po raz pierwszy w ręce Niemców. Do KL Auschwitz trafił 15 sierpnia 1940 r. z numerem 3121. Pod koniec wojny przewieziony został do Buchenwaldu. Po wojnie został doktorem weterynarii. W latach 1964-1975 był powiatowym lekarzem weterynarii w Poznaniu. Oto jego zeznanie złożone 24 maja 1961 r.:

Zostałem aresztowany przez gestapo w Warszawie w sierpniu 1940 roku i osadzony chwilowo w więzieniu, skąd po kilku dniach przewieziono mnie wraz z innymi towarzyszami niedoli do koncentracyjnego obozu w Oświęcimiu, dnia 15 sierpnia tego roku, w transporcie liczącym około 1700 osób. Na stacji kolejowej w Oświęcimiu zostaliśmy „przywitani” w sposób jak najbardziej przykry: przezwiska i formalne wyrzucania z wagonów towarowych świadczyło, że rozpoczynają się ciężkie dni. Do obozu maszerowaliśmy pod eskortą ustawionych w szpalerach esesmanów, którzy wśród wrzasków i przekleństw nie szczędzili pod każdym względem bicia, popychania, kopania i innych bardzo przykrych szykan.

W obozie zatrzymano nas na placu apelowym, gdzie Lagerfuhrer Fritzsch w obecności Raportfuhrera Palitzscha i esesmanów wygłosił przemówienie, zaczynając od słów: „Przyjechaliście do obozu koncentracyjnego, a nie do sanatorium i tu będziecie odpowiadać za Niemców pomordowanych w Bydgoszczy”. Przedstawił następnie w formie pełnej wyzwisk porządek życia obozowego i kary za ich przekroczenie. Niektóre z nich zostały po jego krótkim, ale gwałtownym przemówieniu praktycznie na więźniach pokazane. Były to: baty, słupek i szubienica, na której dla przykładu jeden więzień z mojego transportu został powieszony. Następnie poprowadzono nas do tak zwanej łaźni, gdzie zostaliśmy ostrzyżeni, przebrani w pasiaki i wciągnięci do ksiąg ewidencyjnych. Odtąd przestałem być człowiekiem, a zostałem więźniem, oznaczonym numerem 3121 i przeznaczony do bloku czwartego. Do stałego komanda pracy z początku jeszcze nie byłem przydzielony, bo w tym okresie stałych komand pracy nie było. Pracowałem tam, gdzie mnie wzięto: przy budowie ogrodzenia obozowego, wyładunku cegły i pracach ziemnych. Dopiero po roku przydzielono mnie do komanda rolniczego i następnie do ogrodnictwa.

Pierwsze tygodnie mojego pobytu w obozie były nie tylko przygnębiające, ale wprost makabryczne. Z nadmiaru cierpienia szukałem instynktownie jakiegoś wsparcia moralnego o podłożu religijnym. Pamiętam dobrze, że było to w końcu maja albo pierwszych dniach czerwca 1941 roku. Od rozmawiających między sobą więźniów dowiedziałem się, że w obozie znajduje się przełożony Niepokalanowa, ksiądz (w zakonie używa się wyrażenia Ojciec) Maksymilian Kolbe. Wiadomością tą zostałem nieco zaintrygowany, bo nazwisko to nie było mi skądinąd obce.

Wkrótce też odszukałem blok zamieszkania Ojca Kolbego i postanowiłem spotkać się z nim jak najprędzej. Uczyniłem to po apelu wieczornym przy pomocy sztubowego sali, który zawezwał Ojca Kolbego na parę minut przed spoczynkiem. Ponieważ była to już pora spóźniona (za chwilę miał się odbyć gong na spoczynek), więc nasza pierwsza rozmowa odbyła się przy drzwiach sali i to zaledwie przez chwil parę. W pierwszych słowach wyraziłem prośbę, ażebym mógł się z Ojcem Kolbem gdzieś spotkać i porozmawiać, bo mi tak ciężko i szukam jakiejś pociechy duchowej. Ojciec Kolbe zgodził się bardzo chętnie. Ustalone też zostało miejsce i czas następnego spotkania. Od dnia następnego po odbyciu się apelu wieczornego chodziliśmy spacerem po placu. Staraliśmy się tak urządzić, ażeby nie zwracać na siebie zbytniej uwagi esesmanów. Wygląd zewnętrzny Ojca Kolbego był ujmujący. Twarz zawsze uśmiechnięta, pogodna, głowa lekko przechylona na bok. Z wyglądu nie wydawał się być zbytnio przejęty tym, co już przeżył i co go jeszcze czekało. Na twarzy uwidaczniało się jednak znaczne przemęczenie i wychudzenie.

Tematem naszych rozmów, szczególnie ze strony Ojca Kolbego, były nawiązywania do czci Matki Bożej, cierpliwego znoszenia cierpień, zgodzenia się z wolą Bożą, bo jak mówił:

Te cierpienia nie są na próżno, ale można je ofiarować Niepokalanej (tego określenia zawsze używał), które będą nam policzone jako zasługi, czy też wynagrodzenia za popełnione winy.

Z Ojcem Kolbem spotykałem się, o ile na to pozwalały warunki, stosunkowo dosyć często. Nie zawsze to się udawało, gdyż życie obozowe nieraz stanęło na przeszkodzie. W późniejszym czasie Ojciec Kolbe miał coraz więcej szukających jego rad. Niekiedy nawet w odpowiednim miejscu schodzili się do niego współwięźniowie i wówczas do takiej grupy przemawiał, umacniając ich w dobrem, cierpliwości i wlewając do ich serc nadzieję i ufność. Nie były to przemówienia, ale raczej takie wspólne rozmowy, w których dominował Ojciec Kolbe.

b6c8883234baac82

Byłem też obecny nas placu apelowym, ostatnim apelu Ojca Kolbego. Samego aktu wybierania przez Fritzscha dziesięciu innych więźniów z bloku, do którego należał uciekinier, nie widziałem, bo mój blok był w znacznym oddaleniu i do tego był jeszcze oddzielony szeregami innych bloków. O fakcie poświęcenia się Ojca Kolbego za jakiegoś wojskowego, mającego rodzinę, dowiedziałem się od współwięźniów już po apelu.

Zaofiarowanie się Ojca Kolbego było dla mnie bardzo bolesne, dlatego że z chwilą tą straciłem tego, który wyświadczył dla mnie tyle dobrego, ale z drugiej strony nie zdziwiłem się tym, a nawet w dobrym sensie byłem dumny z tego, bo znając i obcując z Ojcem Kolbem wiedziałem, że jest to człowiek nie cofający się przed żadną ofiarą, jeśli tylko widzi w niej dobro wypływające dla bliźniego.

Inni więźniowie zdarzeniem tym byli wprost zaskoczeni. Postać Ojca Kolbego w całym obozie wzrosła jeszcze bardziej. Ale dla mnie dalsze lata pobytu w obozie oświęcimskim i w Buchenwaldzie nie były już tak przykre i ciężkie, bo Ojciec Kolbe przygotował mnie na wszelkie przykre ewentualności i nawet śmierć samą.

Takiego klechy jak ten nie mieliśmy tu jeszcze…
Byłem więźniem obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu i musiałem czyścić cele śmierci i również bunkier Ojca Maksymiliana Kolbe wspomina Brunon Borgowiec, więzień KL Auschwitz nr 1192. W celi nie było okna. Zaduch był straszny, posadzka cementowa, żadnego umeblowania, tylko wiadro na potrzeby naturalne. Ojciec Kolbe nigdy nie narzekał. Głośno się modlił, tak że i jego współtowarzysze mogli go słyszeć i razem z nim się modlić. Ojciec Kolbe umarł po dwu tygodniach, 14 sierpnia 1941 roku. Ponieważ to konanie jego SS-manom za długo trwało, został zastrzykiem kwasu karbolowego zgładzony. Ojciec Kolbe miał ten dar, że umiał pocieszyć ludzi. Współwięźniowie narzekali i w rozpaczy krzyczeli i nawet przeklinali. Po słowach Ojca Maksymiliana Kolbe uspokoili się i pogodzili się z ich strasznym losem. Gdy miałem ciało Ojca Kolbe z celi wynieść i drzwi otworzyłem, podpadło mi, że Ojciec Kolbe siedział na posadzce oparty o ścianę i miał oczy otwarte. Jego ciało było czyściutkie i promieniowało. Każdemu podpadłaby ta pozycja i każdy sądziłby, że to jakiś święty. Jego twarz oblana była blaskiem pogody. Ciała innych więźniów zastałem leżące na posadzce, zbrudzone i o zrozpaczonych rysach. Wzrok Ojca Kolbe był zawsze dziwnie przenikliwy. SS-mani go znieść nie mogli i krzyczeli: „Schau auf die Erde, nicht auf uns!” („Patrz na ziemię, nie na nas!”).

Pewnego razu podziwiając jego męstwo za życia i zachowanie się, SS-mani mówili między sobą: „So einen, wie diesen Pfaffen, haben wir hier noch nicht gehabt. Das muss ein ganz ausergoewohnlicher Mensch sein” („Takiego klechy jak ten nie mieliśmy tu jeszcze. To musi być nadzwyczajny człowiek”.).

Dlaczego pan chce umrzeć za niego?
Michał Micherdziński dostąpił ogromnej łaski przebywania  w jednym bloku z O.Maksymilianem oraz był naocznym świadkiem jego heroicznej ofiary, która mu i innym więźniom przywróciła nadzieję.
Wszystkich więźniów przywożonych do obozu Auschwitz witano tymi samymi słowami:
„Nie przybyliście do sanatorium, tyko do niemieckiego obozu koncentracyjnego, z którego nie ma innego wyjścia, jak tylko przez komin. Żydzi mogą żyć dwa tygodnie, księża miesiąc, a reszta trzy miesiące. Komu się to nie podoba, może zaraz iść na druty”.
Oznaczało to, że może ponieść śmierć, ponieważ w drutach okalających obóz płynął bez przerwy prąd wysokiego napięcia. Te słowa już na początku odbierały nadzieję.

63 lata temu, we wtorek 29 lipca 1941 roku, około godziny 13.00, tuż po apelu południowym, zawyła syrena obozowa. Ponad 100 decybeli niosło się po obozie. W brygadach roboczych więźniowie w pocie czoła spełniali swoje obowiązki.

Wycie syren oznaczało alarm, a z kolei alarm oznaczał, że w jednej z brygad zabrakło więźnia. Esesmani natychmiast przerwali pracę i zaczęło się konwojowanie więźniów do obozu na apel, aby sprawdzić stan liczbowy. Dla nas, którzy pracowaliśmy przy budowie pobliskiej fabryki gumy, oznaczało do siedmiokilometrowy marsz do obozu. Byliśmy popędzani, żeby iść prędzej. Apel wykazał rzecz tragiczną: na naszym bloku 14a brakowało więźnia.

Kiedy mówię „na naszym” bloku, mam na myśli o. Maksymiliana, Franciszka Gajowniczka, mnie i innych. Była to wiadomość przerażająca. Zwolniono wszystkich pozostałych więźniów, pozwolono im pójść na bloki, a nam ogłoszono karę – stanie na baczność bez czapek, dzień i noc, o głodzie. Noc była bardzo zimna. Kiedy esesmani mieli zmianę warty, kuliliśmy się do siebie metodą pszczoły: stojący na zewnątrz ogrzewali tych w środku, a potem była zmiana. Wielu starszych nie wytrzymało mordęgi stania w nocy i na zimnie. Oczekiwaliśmy, że choć trochę ogrzeje nas słońce.

Ale spodziewaliśmy się także najgorszego. Rano oficer niemiecki wykrzyczał w naszym kierunku:
„Ponieważ z waszego bloku uciekł więzień, a wy nie dopilnowaliście tego i nie przeszkodziliście temu, dlatego dziesięciu z was umrze śmiercią głodową, ażeby pozostali zapamiętali, że nawet najmniejsza próba ucieczki nie będzie tolerowana”.

Zaczął selekcję. Cała grupa poszła na początek pierwszego szeregu, na przedzie dwa kroki przed nami stał niemiecki kapitan. Patrzył w oczy jak sęp, mierzył każdego i co chwilę podnosił prawą rękę i mówił: — „Du!”, czyli  „ty”.
To „du!” oznaczało, że to ty umrzesz śmiercią głodową. I szedł dalej.
Esesmani wywlekali biedaka z szeregu, zapisywali numer i odstawiali pod strażą na boku. — „Du!” — brzmiało jak uderzenie młota w pustą skrzynię.

Każdy bał się, że za chwilę palec może pokazać na niego. Przeglądnięty szereg szedł kilka kroków naprzód, tak że między szeregiem przeglądniętym a szeregiem do przeglądu powstało coś w rodzaju korytarzy, wolnych pasów o szerokości 3-4 metrów.
W ten korytarz wchodzili esesmani i znowu padały słowa: — „Du! du!”.
Serca waliły nam jak młotem. W głowie szum, krew pulsowała na skroniach, zdawało się nam, że krew wyskoczy nosami, uszami i oczami. Coś tragicznego.

Ja i o. Maksymilian staliśmy w siódmym szeregu. On stał po mojej lewej ręce, dzieliło nas może dwóch albo trzech kolegów. Gdy szeregów przed nami ubywało, zaczął nas ogarniać coraz większy lęk. Nigdy przedtem ani potem, muszę to uczciwie przyznać, już tak żarliwie się nie modliłem.
Mimo, że dalej było słychać — „du!”, — to jednak modlitwa wewnętrznie zmieniła mnie na tyle, że byłem spokojniejszy.
Ludzie mający wiarę, nie byli już tak przerażeni. Byli gotowi przyjąć przeznaczenie ze spokojem, prawie jak bohaterzy. Jest to wielka sprawa.
Esesmani przeszli koło mnie, omiatając mnie wzrokiem, przeszli koło o. Maksymiliana.
„Spodobał się” im stojący na końcu szeregu Franciszek Gajowniczek, 41-letni sierżant wojska polskiego.

Gdy Niemiec powiedział —„du!” — i wskazał na niego, wyrwało się biedakowi z piersi: — „Jezus, Maria! Moja żona, moje dzieci!”
Oczywiście esesmani nie zwracali żadnej uwagi na słowa więźniów, tylko zapisali jego numer.
Gajowniczek później nam przysięgał, że gdyby umarł w bunkrze głodowym, to nie wiedziałby, że taki lament, taka prośba błagalna wyrwała mu się z ust.
Skończyła się selekcja, dziesięciu więźniów zostało już wybranych. Dla nich był to ostatni apel.

Myśleliśmy, że zakończy się ten koszmar stania: głowa bolała, jeść się chciało, nogi popuchły. A tu naraz zrobiło się jakieś poruszenie w moim szeregu. Staliśmy na długość drewniaka, aż tu nagle ktoś zaczął się przeciskał się między więźniami. Był to o. Maksymilian.
Szedł krótkim krokiem, bo w drewniakach długim krokiem iść się nie dało, trzeba było je trzymać palcami nóg, żeby nie spadły.

Szedł prosto ku grupie esesmanów, stojących w pobliżu pierwszego szeregu więźniów. Wszyscy drżeliśmy, ponieważ było to złamanie jednego z najostrzej i najbrutalniej przestrzeganych zakazów. Wyjście z szeregu oznaczało śmierć.
Nowi więźniowie, którzy przyjechali do obozu, nie wiedząc o tym zakazie, za wyjście z szeregu byli bici, co powodowało niezdolność do pracy. A to z kolei równało się pójściu do komory gazowej. Byliśmy pewni, że o. Maksymiliana zabiją, zanim zdąży się przecisnąć.

Ale stało się coś nadzwyczajnego, czego nie zanotowała historia 700 obozów koncentracyjnych, jakie zbudowała III Rzesza. Nigdy nie zdarzyło się, aby więzień obozu mógł bez poniesienia kary wyjść z szeregu. Było to dla Niemców coś tak niewyobrażalnego, że stali jak skamieniali. Patrzyli po sobie i nie wiedzieli, co się dzieje.

O. Maksymilian szedł w więziennym pasiaku, z miską u boku, w drewniakach. Nie szedł jak żebrak, ani też jak bohater. Szedł jak człowiek świadomy wielkiej misji. Stanął spokojnie przed oficerami. Wreszcie opamiętał się kierownik obozu. Wściekły, zapytał swojego zastępcę:
„Was will dieses polnische Schwein?” – „Co chce ta polska świnia?”
Zaczęli szukać tłumacza, ale okazało się, że tłumacz jest zbędny.
O. Maksymilian odpowiedział spokojnie:
„Ich will sterben für ihn” – wskazując ręką na stojącego obok Gajowniczka –  „Ja chcę umrzeć za niego”.
Jeżeli wcześniej Niemcy stali jak oniemiali, to teraz pootwierali ze zdumienia usta.
Dla nich, reprezentujących bezbożność laicką, było to coś niepojętego, że ktoś może chcieć umrzeć za innego człowieka.

o_-Kolbe-wpolityce

Patrzyli na o. Maksymiliana z pytaniem w oczach: czy on oszalał, czy może oni nie zrozumieli odpowiedzi.
Wreszcie padło drugie pytanie:
„Wer bist du?”  –  „Kto ty jesteś?”
O. Maksymilian odpowiedział:
„Ich bin ein polnischer katolischer Priester” – „Jestem polskim księdzem katolickim”.
Oto więzień wyznał, że jest Polakiem, pochodzi z narodu, który Niemcy nienawidzili, do tego przyznaje, że jest duchownym. Dla esesmanów ksiądz był wyrzutem sumienia.
Ciekawe, że w tym dialogu o. Maksymilian ani raz nie używa słowa — „proszę”.
Jest tylko jego żądanie, którym złamał Niemca. Złamał sędziego, który uzurpował sobie prawo decydowania o życiu i śmierci, zmusił go do zmiany wyroku.
Zachowuje się jak wytrawny dyplomata, choć za frak, wstęgę i ordery, służy mu pasiak, miska i drewniaki.
Panowała wtedy cmentarna cisza, każda sekunda wydawała się trwać wieki.
Wreszcie stało się coś, czego do dzisiaj nie mogą zrozumieć ani Niemcy, ani więźniowie. Kapitan SS zwrócił się do o. Maksymiliana  — per „pan”:
— „Warum wollen Sie für ihn sterben?” – „Dlaczego pan chce umrzeć za niego?”
Upadły wszystkie kanony, które esesman wyznawał wcześniej.
Przed chwilą nazwał go „polską świnią”, a teraz zwraca się do niego — per „pan”.
Stojący obok esesmani i podoficerowie nie byli pewni, czy dobrze słyszą.

Tylko jeden raz w historii obozów koncentracyjnych zdarzyło się, aby wysoki oficer, który zamordował tysiące niewinnych ludzi, zwrócił się do więźnia w ten sposób.
O. Maksymilian odpowiedział:
„Er hat eine Frau und Kinder”  –  „On ma żonę i dzieci”.

Oto cały katechizm w pigułce. On uczył wszystkich, co to znaczy ojcostwo, rodzina i uważał, że jego życie jest mniej warte, niż życie ojca rodziny! Jakże to był wspaniały wykład katechizmu.

Wszyscy czekali, co się dalej stanie. Esesman był przekonany, że to on jest panem życia i śmierci. Mógł kazać ciężko pobić go za złamanie najbardziej rygorystycznie przestrzeganego zakazu występowania z szeregu. A cóż dopiero, jeśli więzień pozwala sobie na wygłaszanie nauk?! Mógł ich dwóch skazać na śmierć przez zagłodzenie.

Po upływie kilku sekund esesman powiedział:
„Gut”  –  „Dobrze”.
Zgodził się z o. Maksymilianem, przyznał mu rację.

Oznaczało to, że dobro zwyciężyło zło, maksymalne zło. Nie ma większego zła, jak skazać z nienawiści człowieka na śmierć godową. Ale nie ma też większego dobra, jak oddać własne życie, po to, by drugi człowiek mógł żyć. Maksymalne dobro zwyciężyło.

Niemcy pozwolili Gajowniczkowi wrócić do szeregu, a o. Maksymilian zajął jego miejsce. Skazańcy musieli zdjąć drewniaki, były im już niepotrzebne. Drzwi bunkra głodowego otwierane były tylko po to, by wynieść zwłoki. O. Maksymilian szedł w ostatniej parze, pomagał jeszcze iść innemu więźniowi. W zasadzie był to ich własny pogrzeb, jeszcze przed śmiercią. Przed blokiem kazano im ściągnąć pasiaki i wtrącono od celi o powierzchni ośmiu metrów kwadratowych. Zimna, szorstka, mokra posadzka, czarne ściany, światło słoneczne sączyło się przez potrójne załamanie. Wydarzył się tam kolejny cud.kolbe22_0

O. Maksymilian, chociaż od 20 lat żył o jednym płucu, przeżył wszystkich. W komorze śmierci żył 386 godzin. Każdy lekarz uzna to za nieprawdopodobne. Po tym długim okresie umierania niemiecki kat w białym kitlu lekarskim zadał o. Maksymilianowi śmiertelny zastrzyk. A on znowu nie umarł… Musieli go dobić kolejnym zastrzykiem.  Umarł w wigilię Wniebowzięcia NMP, jego Hetmanki.

Dnia 17 października 1971 roku papież Paweł VI dokonał osobiście uroczystej beatyfikacji Męczennika w obecności dziesiątków tysięcy wiernych z całego świata i ponad 3000 pielgrzymów polskich. Dnia 10 października 1982 roku Ojciec święty Jan Paweł II dokonał jego kanonizacji.

Opracowanie własne na podstawie:
http://www.polskieradio.pl/

Najlepsze Kasyno w Polsce


https://forumdlazycia.wordpress.com/