Całe nasze życie jest wędrówką

Na początku bardzo się bałam. Tego czy dam radę, czy dojdę, czy wystarczy mi sił, czy ludzie mnie polubią, czy zaakceptują. I szczerze, nie chciałam iść. Najzwyczajniej w świecie nie chciało mi się, ale ponieważ pielgrzymkę planowałam już od trzech lat i obiecałam komuś wyjątkowemu, że pójdę, tak więc spakowana, obkupiona w to, co najważniejsze (i w co mniej ważne również), ruszyłam wraz z innymi braćmi i siostrami w stronę Częstochowy. Już pierwszego dnia wędrówki wiedziałam, że nie będzie łatwo. Problemy personalne odebrały mi i Karolinie chęci do dalszej wędrówki. Byłyśmy bliskie załamania i rozpaczy, ale dzięki Opatrzności i naszym modlitwom szłyśmy dalej z nadzieją, że to wszystko jakoś się ułoży.

I rzeczywiście, ułożyło się, ale nie bez konsekwencji. Z tym, że wtedy wszystko obróciło się o 180 stopni. Nasze serca zmieniły się, a co za tym idzie, również nasze nastawienia. Poznałyśmy nowych ludzi, nie tylko tych z naszej grupy, ale i innych pielgrzymów, do tego te wszystkie osoby, które zgodziły się nas ugościć, dać wody, a nawet i nakarmić. Dzięki nim zaczęłam doceniać to, co na co dzień wydawało mi się być czymś nieistotnym albo na co dotychczas nie zwracałam większej uwagi. Gdy po całym dniu wędrówki człowiek jest zmęczony i otrzymuje od kogoś gościnę, wtedy zaczyna doceniać nie tylko dobra materialne, ale i obecność drugiej osoby, zaczyna doceniać bliźniego, kochać go, szanować, być mu wdzięcznym. Czas, który spędza się wędrując z grupą, uczy nas współpracy, ale przede wszystkim wzajemnej miłości i szacunku.

Co najlepsze, obawy, które miałam na samym początku zniknęły, po prostu rozpłynęły się, odeszły w niepamięć. Bo na pielgrzymce człowiek nigdy nie jest sam, wraz z nim idą jego bracia i siostry, a nad nimi wszystkimi jest jeszcze Pan Bóg. To się czuje; Jego obecność. Jest wszędzie. Podaje Ci dłoń. Dodaje sił. Podnosi Cię, gdy upadasz. Tuli do serca, gdy zasypiasz. Szturcha lekko w ramię, gdy musisz się zbudzić i iść dalej. To tak, jakby Bóg Ojciec patrzył na wszystko z góry, Syn Boży wędrował wraz z nami, a Duch Święty unosił się w powietrzu. Niesamowite i właściwie nie do opisania. W każdym spojrzeniu, w każdym uśmiechu, w każdym słowie padającym z ust brata lub siostry był obecny Trójjedyny.

Oczywiście, było ciężko. Obolałe nogi, pęcherze, zdarte gardła, przeziębienia, chwile nerwów, kryzysów i tzw. głupawek pielgrzymkowych. Ale to wszystko wydaje się być niczym w porównaniu do ogromnej radości, jaką człowiek mógł doświadczyć. Ludzkie świadectwa, uśmiechy, łzy, wspólne posiłki, rozmowy, wspólne modlitwy, adoracje, tańce, śpiewy jak to bardzo uświęca człowieka! I do tego ta satysfakcja, to wzruszenie, gdy po dniach wędrówki klękasz przed cudownym obrazem Matki, mówisz Jej swoje intencje, powierzasz swoje sprawy, oddajesz serce ciężko powstrzymać się od płaczu. Ja próbowałam chociaż nie dałam rady.

Ryczałam jak bóbr nie dla popisu, ale tak po prostu, ze szczęścia, z serca. Każdemu, komu chociaż przez chwilę pojawiła się w głowie myśl pielgrzymka, a nigdy nie był, polecam iść. To niesamowite doświadczenie, to wiele emocji, uczuć, przeżyć. To doświadczenie Boga i bliźniego. Nie bójcie się spróbować naprawdę warto. Pomyślcie sobie, że do Częstochowy idzie się kilka dni, a do Ziemi Obiecanej całe życie. I chyba to jest w tym wszystkim najważniejsze, by zrozumieć, że całe nasze życie jest wędrówką, na której powinniśmy dążyć do świętości. Także zachęcam i do zobaczenia w sierpniu! Pozdrawiam!
Ania